NERWICA NATRĘCTW – PIEKŁO NA ZIEMI , SCHIZOFRENIA

NERWICA NATRĘCTW – PIEKŁO NA ZIEMI , SCHIZOFRENIA

Choruję od dzieciństwa .
Najpierw objawiało się to niewinnie; ustawianiem ludzików, samochodzików, sprawdzaniem gazu, sprawdzaniem czy drzwi są zamknięte, ustawianiem ciapów, ustawianiem szczoteczki do zębów, odkręcaniem i dokręcaniem długopisu, itp oczywiście po wielokroć.

Innym elementem było powtarzanie pewnych wyrazów czy zdań aż do  wyimaginowanej perfekcji, w myślach albo na głos.

Z biegiem lat choroba ewoluowała i się pogłębiała. Obsesje ruchowe zaczynały przechodzić w myśli, przez całą dobę a najbardziej natężone przed spaniem. Były to informacje zasłyszane w trakcie dnia, rozmowy, teksty piosenek, powiedzenia, informacje nabyte w szkole, natłok różnych myśli które musiałem przetworzyć tak żeby mnie to zadowalało oczywiście natręctwa ruchowe nie ustawały tylko zeszły na dalszy plan.
Innym problemem było odtwarzanie (wizualizowanie pewnych obrazów w głowie np. aktorów i różnych twarzy ludzi którzy w danej chwili przyszli mi do głowy)
Zawsze choroba dotykała rzeczy na których mi zależało.

Pod koniec szkoły podstawowej nastąpił moment przełomowy
Choroba zaczęła atakować moje mocne strony( to w czym byłem dobry, na czym mi zależało: wiedza , poglądy, informacje nabyte w szkole).
Obsesje ruchowe zaczynały schodzić na dalszy plan a większym
problemem stawały się myśli. Jeśli byłem np dobry z angielskiego to choroba to
atakowała na zasadzie całkowitej odwrotności i zamazywała wiedzę na jakiś czas,
nie miałem do niej dostępu albo utrudniony i nigdy po iluś godzinach, dniach nie
powracało to do pierwotnego stanu rzeczy, musiałem ta wiedzę odświeżać poprzez ponowne jej przyswojenie.Było to horrorem i zniechęcało mnie do czegokolwiek, zabijało moje walory,aspiracje, potencjał. Oczywiście cały czas atakowały mnie myśli typu( muszę powtórzyć coś ileś razy aż do wyimaginowanej perfekcji, natłok myśli, które musiałem przetworzyć, bo inaczej zaczynałem się fizycznie  czuć fatalnie,(niesamowity ból głowy(karku – wręcz trzeszczenie w karku przy poruszaniu głową) nie do zwalczenia przez leki, nieraz trwający kilka dni, nieraz tydzień, odruchy wymiotne, krztuszenie się, drżenie rak, pieczenie w gardle.

Choroba atakowała nawet takie aspekty jak mój wygląd, czy formę fizyczną
Kiedy zacząłem chodzić na siłownię na początku ogólniaka i uzyskiwać lepsze wyniki w pewnych ćwiczeniach czy lepszą muskulaturę ciała było to atakowane  tak jak wiedza, na zasadzie odwrotności. Myśli były tak silne że zaczynały mnie bolec mięśnie z którymi były one związane cierpnąć poszczególne partie ciała, zaczynałem tracić siłę co przekładało się na moje wyniki na siłowni(np nie mogłem zrobić tylu powtórzeń danym ciężarem co wcześniej tylko powiedzmy jedno czy dwa.

Innym elementem był urojony wpływ niektórych rzeczy takich jak telefony komórkowe, kable, gniazdka, przedmioty skierowane czubkiem w moją stronę na moje myślenie. W sytuacji gdy ktoś rozmawiając skierował tel. kom. w moja stronę urajałem sobie że fale mogą wpływać na moje procesy myślowe i tak się działo. Wszystkie moje walory malały nie potrafiłem wydusić z siebie słowa i  sformułować zdania tak jak przedtem, podobnie było z wyimaginowanym wpływem gniazdek elektrycznych,( nie mogłem leżeć blisko nich bo zachodził mechanizm taki jak powyżej), czy kabli przez które płynął prąd

Zacząłem się leczyć na początku 4tej klasy liceum, o dużo za późno i to był błąd(kiedy jedyną alternatywą było samobójstwo. Początkowo leki zaczęły działać pozytywnie przez
ok 1sze pół roku leczenia( ale wciąż było do dupy z tym że znośnie) Zdałem
maturę dostałem się na studia itd. Z biegiem lat choroba zmieniała swoje oblicze,
jedne problemy przeradzały się w inne gorsze, leki nie pomagały.
dostawałem inne, które albo nie działały w ogóle albo pogarszały sytuację.
Całe studia były droga przez mękę, objawy zaczęły wracać, przeradzać się w gorsze o  większym natężeniu.
Nieraz jedna stronę książki czytałem godzinę. Wiedza którą przyswoiłem przed egzaminem potrafiła rozmyć się w jednej chwili na zasadzie całkowitej odwrotności jak opisałem powyżej.
Początkowo powiedzmy umiałem na piątkę a finalnie zdawałem ledwo co na 3jkę

W połowie studiów oblałem semestr i przeniosłem się na studia zaoczne i jakoś dopchałem je do końca .
Studia kosztowały mnie o wiele więcej wysiłku energii, nerwów i poświeceń niż gdybym nie był chory. Można powiedzieć że studia były heroiczna walką.

Na dzień dzisiejszy choroba wygląda tak( składa się z 4 różnych elementów).

Pierwszy element – Napięcie – ogromne rozpieranie w całym organizmie (nieraz wiję się na łóżku tak jakbym miał eksplodować. Napięcie jest najsilniejsze rano i jak coś zjem. Sam się zastanawiam jak ja je wytrzymuje. Piję co jest pod ręką hydroxizinę, melissę, krople nasercowe, szyszki chmielowe. Czasami uda się je jakoś opanować a czasami tarzam się po podłodze cały dzień aż zachce mi się spać.

Drugi element – przetwarzanie informacji i problemy z koncentracją (są one związane nie tylko z samą chorobą ale i z negatywnym działaniem leków, które otępiają, co wielokrotnie mówili mi lekarze) do tego stopnia ze nieraz jeden wyraz przetwarzam kilkanaście minut, zdanie godzinę, nawet sam czas na zegarku elektronicznym często przetwarzam kilka minut. Najgorzej idzie mi z tym na czym mi najbardziej zależy( choć to nie reguła). Owe przetwarzania niezmiernie potęguje moją depresję i zniechęca do czegokolwiek. Powoduje frustrację nie do opisania. Oprócz tego zaczynam się fizycznie  czuć fatalnie,(niesamowity ból głowy(karku – wręcz trzeszczenie w karku przy poruszaniu głową) nie do zwalczenia przez leki, nieraz trwający kilka dni, nieraz tydzień, odruchy wymiotne, krztuszenie się, drżenie rak, pieczenie w gardle. Gdy przetwarzanie jednej rzeczy się przedłuża automatycznie włącza się  taki mechanizm: moje walory maleją, zdolności poznawcze też, mam problemy z wysłowieniem( nie mogę się wysłowić tak jak wcześniej), moje atuty maleją do minimum. Dopiero gdy przewałkuję daną myśl powoli zaczyna wracać do „normy”, i zaczynam wałkować drugą informację bo czasami wiele informacji ustawia się jakby w kolejce Napięcie o którym napisałem wyżej bierze się m.in z niemożności przetworzenia myśli. Im więcej myśli mi się spiętrzy tym większe napięcie, Nie mogę znaleźć sobie miejsca, czuję się jakbym miał eksplodować.

Trzeci element – Natręctwa i natłok myśli, które muszę przetworzyć, bo inaczej zaczynają się objawy takie jak napisałem powyżej. Natręctwa takie jak przesuwanie kabla od modemu czy poprawianie innych rzeczy. Oczywiście dotyczy to głównie rzeczy na których mi w danej chwili zależy.Nierzadko ma to znamiona schizofrenii, raz np. poprawiałem kabel, trwało to ok godziny, byłem już niesamowicie  zmęczony psychicznie oraz fizycznie i kropla potu kapnęła na dywan. W takich sytuacjach zawsze zakładam najgorszą możliwą wizję, tak było i tym razem. Uroiłem sobie że kropla potu trafiła w kabel i sól w nim zawarta może przepalić izolację w kablu Nieraz jedna czynność wykonuje parę godzin aż  rzeczywiście coś spieprzę i wtedy dochodzi u mnie do ekstazy nerwowej (jakbym miał pistolet albo truciznę natychmiast bym ja zażył bo jest to szał nie do wytrzymania). Owe natrętne myśli i czynności kosztują mnie wiele energii i czasami kilka godzin po wstaniu z łóżka jestem wrakiem człowieka i nie nadaję się do niczego. Poza tym w moim pokoju panuje niesamowity  bajzel. Jednak jest część rzeczy których nikt dotykać nie może bo są ustawione co do mm. W ogóle nie lubię jak mi się ktoś kręci po pokoju bo może coś nieopatrznie ruszyć przesunąć itp. Inny znamienny element to świąd. Kiedy zaczynam przetwarzać daną informację, zaczyna jak na zawołanie wszystko swędzieć; odciąga mnie od niej przez co wydłuża czas jej przetwarzania, najbardziej był nasilony kilka lat temu. Można powiedzieć że jego intensywność zmalała, na konto innych elementów, gorszych o silniejszym natężeniu. Co jest znamienne dla mojej choroby: jest jak w zasadzie naczyń połączonych. Jak jeden element słabnie, to inny się nasila, w ten sposób żeby całościowo było tak samo fatalnie

Czwarty element (wypadkowa powyższych)- niesamowita depresja i zniechęcenie do wykonywania czegokolwiek, wychodzę z domu jak muszę, robię
tylko to co muszę, nic ponadto. Nawet kiedy już mam nóż na gardle i jestem zmuszony do wyjścia z domu, cały czas jestem zawieszony pomiędzy myślami a światem otaczającym i nieobecny, pochłonięty przetwarzaniem bodźców z otoczenia i myślami które  mi w danej chwili przyjdą  do głowy. Nie jestem w stanie w pełni się skupić nad tym gdzie idę, co robię. Wielokrotnie bywało że wszedłem na słup od latarni, znak drogowy, zderzyłem się z kimś, nie zauważyłem krawężnika.

W międzyczasie wziąłem ok 30 różnych substancji( leków) w rozmaitych konfiguracjach  Jedne działały albo negatywnie albo w ogóle, po drugich czułem same objawy niepożądane.

Moim największym marzeniem od wielu lat jest jak najszybsze zejście z tego świata,. Raz się wieszałem ale sznurek się urwał (ważę) ok 100 kilo) w momencie kiedy traciłem już przytomność, podcinanie żył, próbowałem (ale to tylko na filmie), chyba że tętnicę szyjną.

Poza domem i w towarzystwie nawet jednej osoby(bliskiej) moje objawy się nasilają.
Percepcja i zdolności poznawcze drastycznie maleją pod wpływem nerwów

Przez 14 lat miałem psa o imieniu Hektor. To że był ze mną dodawało mi siły by walczyć z chorobą. Z czasem stał się jedyną istota na której mi zależało i dla której żyłem
Odszedł ok 5 lat temu. Od tego czasu i w sumie dużo wcześniej moje życie to wegetacja. Czekam na śmierć jak na zbawienie chyba że znajdę kogoś dla kogo będzie warto mimo wszystko z tym wszystkim walczyć ale to jest tak prawdopodobne jak trafienie 6ki w totka.
To tak w skrócie bo można by na temat mojej choroby i przeżyć napisać książkę.

Dwa razy byłem w szpitalu  ( bez sensu), poszedłem na odczepnego bo mnie rodzice molestowali,  2gi raz w innym ośrodku ,to także nie przyniosło najmniejszego efektu, lekarz wręcz mi powiedział że szpital nie jest  placówką która mogłaby mi pomóc, może wręcz pogorszyć sytuację bo jest więcej ludzi więcej rzeczy do przetworzenia, w związku z tym objawy się nasilają. Powiedziano mi że w tym stadium choroby jedyna rzeczą jaka może mi pomóc jest terapia behawioralna CBT
Byłem u psychoterapeuty od terapii behawioralnej który mi powiedział
ze na to wszystko za późno, można spróbować terapii w która ja osobiście nie
wierzę, ale trwałaby ona kilka lat i ów psychoterapeuta nie daje mi gwarancji
jakiejkolwiek poprawy, więc dałem sobie spokój.

Mam 30 lat, znam swoją chorobę na wylot,
tylko niestety nic związku z tym nie mogę zrobić, to jest jak piekło(jeżeli
wierzycie w piekło jako stan umysłu) to to jest właśnie to.

Powiem tak. Życie to chwila śmierć to wieczność, przynajmniej mam taka nadzieję. Ja osobiście znalazłem się już w takim punkcie gdzie nic nie ma sensu, od wielu wielu lat nie jestem w stanie czerpać jakiejkolwiek radości z życia, jest tylko smutek i męczarnia. Nic mnie tu nie trzyma, to dlaczego , w imię czego się męczyć, przecież i tak w końcu się umrze.Sprawdzian z wytrzymałości na cierpienie zdałem bo przeżywszy to co ja większość ludzi powiesiłaby się na własnych jelitach. Nie mam dla kogo żyć, ostatnia istotą dla której byłem gotów walczyć z tym kurewstwem był mój pies. Niestety nie ma go już na tym świecie. Nie wierzę w niebo nie wierzę w piekło takie jakie wykreowała religia katolicka  i inne pokrewne , wierzę w swobodną egzystencje bytów w świecie astralnym do którego możemy trafić po śmierci. Nie neguję reinkarnacji ale wolałbym żeby jej nie było . Może być już tylko lepiej albo wcale, gorzej na pewno nie. Nawet  gdyby śmierć była końcem wszystkiego i po śmierci miałbym zmienić się w nicość (to jest lepsze niż takie życie). Często przychodzi mi do głowy myśl (jako że nie neguję reinkarnacji) , że teraźniejsze życie jest karą za to co zrobiłem w poprzednim wcieleniu. Z drugiej strony nie ma tu logiki, bo jeżeli się cierpi to powinno się wiedzieć za co, inaczej nie ma to sensu.

Tak na koniec. To jest tylko zarys mojej choroby, jakbym miał opisywać każdy dzień walki to wyszłaby z tego wielotomowa encyklopedia

Ten wpis został opublikowany w kategorii Autosugestia, choroba, cierpienie, Depresja, Hektor, leczenie, leki, leki - działania niepożądane, leki - skutki uboczne, męka, Nerwica, Nerwica Natręctw, objawy, obsesje, OCD, Paranoje, piekło, psychiatria, sen, Zaburzenia obsesyjno kompulsyjne, Życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

120 odpowiedzi na „NERWICA NATRĘCTW – PIEKŁO NA ZIEMI , SCHIZOFRENIA

  1. ~Lena pisze:

    Uważam, ze pomysł z książką jest bardzo trafiony. Masz niezły styl i warsztat, wiedzę i pomysł. Może w tym znajdziesz miejsce dla siebie? Może to przyniesie Ci ukojenie? Warto próbować. Kibicuje!

    • Sick Dreamer pisze:

      W zasadzie ten blog jest taką książką, tylko nie wiem jak to wszystko poskładać do kupy. Masz jakiś pomysł?

      • ~Lena pisze:

        W kwestii technicznej mogę okazać się niestety kompletną dyletantką. Dlatego wypowiadam się jedynie jako odbiorca. Twoja historia, poza oczywistym faktem, ze jest bardzo smutna jest także, mam nadzieje, ze nie sprawi Ci przykrości to jak o tym mowie, bardzo zajmująca,wciagajaca. Trudno mi sobie nawet wyobrazić co czujesz i przez co przechodzisz każdego dnia choć przez dwa lata chorowalam na depresję i myśli samobójcze nie są mi obce.

  2. ~Carola pisze:

    Sick Dreamer, pracujesz? Bo ja niedługo zacznę.

    • Sick Dreamer pisze:

      W tym stanie trudno mi sobie nawet wyobrazić żebym mógł pracować ale jakbym mógł to pewnie bym był wolontariuszem w jakimś hospicjum dla dzieci albo schronisku dla zwierząt A Ty gdzie będziesz pracowała?(nad czym)

  3. ~Nototenia pisze:

    Trafiłem na tę stronę niedawno, matka coś czytała o nn, bo ja już to dawno olałem, i zostawiła otwartą.
    Czytam sobie wpisy puszczając w tle „Julee Cruise – Into the night” i czuję jak mi serce drży. Chciałbym coś od siebie napisać bo też się sporo uzbierało ale mam wrażenie, że to wyścig z czasem, z chwilą, kiedy z głowy zaczną uciekać mi słowa i pojawi się depresyjny stan bezsensowności robienia czegokolwiek…
    Lat mam 27 a od 11 żyję w piekle, które przypomina te wasze z opisów. Różne są przedmioty które umysł wykorzystuje do autodestrukcji ale cel jest zawsze jeden i ten sam… autodestrukcja właśnie. Jem teraz sporo leków, bo wróciłem z terapii, która kosztowała mnie dużo odwagi a doprowadziła do najsilniejszego załamania nerwowego jakiego kiedykolwiek doświadczałem. 2 pierwsze miesiące były spoko, 2 kolejne to chodzenie na wpół przytomnym i niby Parkinsonem. Poza tym, co wyżej, terapia poznawczo-behawioralna dała mi tyle, że wiem skąd i dlaczego mam takie natręctwa ale nie zmienia to absolutnie nic w intensywności odczuwanego lęku i napięcia.
    Po powrocie, od lekarza ambulatoryjnego, dostałem podwojoną dawkę paroksetyny, olanzapinę na noc i doraźnie benzodiazepiny. Od 3 miesięcy praktycznie nie wychodzę z domu, większość czasu przeleżałem w łóżku słuchając telewizora, który wykorzystuję jako substytut braku obecności kogoś bliskiego, a jedynym zajęciem jest chodzenie do kuchni i łazienki. Podobnie jak SD mam natręctwa o nasileniu graniczącym ze stanami psychotycznymi. Jak się coś wkręci to działa z taką siłą, że racjonalny tok rozumowania zostaje upośledzony, można mówić jak do słupa soli, bezskutecznie. Nie chcę pisać czego dotyczą moje natręctwa bo uważam je za aż tak przerażające! Generalnie kwalifikują się do tych trzech głównych kategorii: myśli o charakterze morderczym, seksualnym i bluźnierczym.
    Kiedyś, jak choroba nie była aż tak zaawansowana, bawiłem się w dokręcanie, zamykanie, sprawdzanie, itp. Do białej gorączki doprowadzały mnie kurki kuchenki gazowej, którą obsesyjnie sprawdzałem przed pójściem spać (miałem wyjebane na to, że jest dość nowoczesna i ma zabezpieczenia przed ulatniającym się gazem!). Gapiłem się w 4 pokrętła na wpół zgięty, prawie nie mrugając oczami, odmawiając mantrę która miała upewnić mnie, że wszystko jest w porządku. Wracałem do niej po kilka razy a jak już udało mi się załatwić kuchenkę to zaczynałem sprawdzać czy światło jest oby na pewno zgaszone!
    Obecnie stanęło na uczepianiu się wyimaginowanych osobowości, tych złych, skazywanych przez społeczeństwo na ostracyzm i potępienie. Mam przy tym zajebiste napady nienawiści kierowanej na samego siebie. Siedzę nieraz w napięciu, które jest nieznośne, drżę i oglądam w umyśle sceny w których gołymi rękami rozrywam na sobie skórę albo się tnę. Sekundy, minuty, godziny – ciągną się w nieskończoność bez nadziei na ukojenie.
    Dołączyły do tego myśli samobójcze. Kiedyś myślałem, że mam myśli samobójcze ale dopiero teraz uzmysłowiłem sobie jakimi myśli samobójcze są, kiedyś to był lajt w porównaniu do tego czym są teraz. Znowu podobnie jak SD – gdybym miał w czasie napadu pod ręką kapsułkę z cyjankiem, mam wrażenie, że zjadłbym to by poczuć ulgę.
    Choć tak do końca to nigdy nie wiadomo, poczytałem sporo i wierzę, że życie nie kończy się na jednym istnieniu. Było by to mało logiczne i nader niesprawiedliwe. Książki Allana Kardec’a są najbardziej sensownymi na jakie natrafiłem w tej materii. No jeszcze Michael Newton pisze rzetelnie pozyskane informacje.
    Na koniec mojego krótkiego wywodu na myśl mi przychodzi aby napisać coś na temat: „dlaczego jeszcze żyję?”. Nie wiem, może za bardzo boję się powiesić, może namiastka miłości którą żywię do niektórych, bliskich mi osób, a może strzępy nadziei na tzw. przebudzenie. Jest coś takiego – skutkuje podobno zrozumieniem dającym wolność od cierpienia.
    Miał to być koniec ale chcę jeszcze coś dodać: jesteś mi bliski SD! Poprzez krzyż twój jak i mój, poprzez smak cierpienia dobrze nam znany. Życzę ci tego co i sobie, wiary w myśl, że nic nie trwa wiecznie (prócz Miłości podobno)! Takie jest Prawo.
    Amen!

    • Sick Dreamer pisze:

      Trzymaj się stary , jakoś to dopchniemy do końca. Ale wiem że to nie jest koniec ostateczny

    • Sick Dreamer pisze:

      Podobno nauka jest ignorancją „poznania” (przebudzenia),o którym piszesz

      • ~Nototenia pisze:

        Podobno nie jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy – zbiorem myśli, wyobrażeń, uwarunkowań – to jest iluzja, wgrane oprogramowanie.
        Nie potrafię jednak tego rozpoznać. Kiedyś praktykowałem tzw. obserwację, wycofywałem uwagę z myśli i pozwalałem przepływać temu, cokolwiek się pojawiało, robiło się przestrzennie, cicho…
        Dziś jestem pochłonięty przez potok natrętnych myśli a próby wycofania wzmagają tylko napięcie.

  4. ~LittleLunatic pisze:

    Dziękuję za ten blog. Nie poddawaj się. Nawet nie wiesz, ilu ludziom dajesz siłę, żeby nadal walczyć :)

    Mam dopiero 21 lat, na nerwicę natręctw cierpię odkąd tylko pamiętam (a moja pamięć sięga tak mniej więcej do piątego roku życia). Na początku była dość standardowa – powtarzanie słów, czynności. Zostałam zaprowadzona do psychiatry, który stwierdził, że „nie zwracać uwagi, przejdzie jej”. Tyle. Choć nie miałam pojęcia, co mi jest, (sądziłam, że jestem jedyna na świecie) pierwszy raz wyleczyłam się na dłuższy czas sama, siłą woli. To było, gdy miałam ok. dziesięciu lat. Potem oczywiście wszystko wróciło w tej dziwacznej postaci, którą większość psychiatrów diagnozowała mi jako psychozy, schizofrenię. Spędziłam dwa miesiące na oddziale, a na wypisie otrzymałam diagnozę „zaburzenia schizoafektywne” (wtf?). Nie mogłam wytłumaczyć mojej lekarce, że to coś, co każe mi robić sobie krzywdę, to nie są żadne „głosy w głowie”, tylko zwyczajne myśli, z których absurdalności zdaję sobie sprawę, ale nie umiem ich sobie w żaden sposób zracjonalizować. Jeżeli już ktoś wpadł na ZOK (był jeden taki lekarz) to stwierdzał, że no tak, ludzie z ZOKiem „miewają obsesyjne myśli o robieniu sobie krzywdy, ale przeważnie tego nie robią”. Również nie mogłam mu wytłumaczyć, że to nie były obsesje, tylko JUŻ NATRĘCTWA, jako reakcja na faktyczne obsesje. Mechanizm u mnie jest bowiem taki – wymyślę sobie, że komuś z moich bliskich grozi niebezpieczeństwo, a jeżeli włożę sobie rękę w ogień, niebezpieczeństwo minie. Tak naprawdę nigdy nie bałam się o siebie, zawsze moje natręctwa dotyczą osób, na których mi zależy. Ostatnio doszły do tego długie, kilkumiesięczne epizody depresji, pogłębiające nerwicę i napady paniki, niepozwalające mi praktycznie funkcjonować. Między nimi kilka tygodni poprawy, ale co z tego? Rzuciłam już studia, miałam inne plany, ale nie mam jak ich realizować, nie umiem na niczym się skupić. Muszę chodzić do pracy, bo rodzice już dawno przestali mnie utrzymywać. Wiem, że muszę, ale pójdę dwa dni, i rezygnuję. Na gwałt szukam kolejnej, coś tam popracuję, ale na trzeci dzień już nie wyjdę z domu, bo każde wyjście to nadludzki wysiłek. Czasem mogę pracować tylko w domu, pisać jakieś teksty ludziom na zamówienie, robić tłumaczenia, nieraz to wystarcza. Dochodzi jeszcze fobia społeczna, z którą zmagam się od szkoły podstawowej – boję się ludzi. Antydepresanty (dokładnie fluoksetyna) działają na mnie bardzo źle – mam po nich potworną huśtawkę nastrojów, cztery dni chorobliwej euforii, cztery dni depresji jeszcze gorszej, niż miałam przed braniem leków. Brałam też neuroleptyki – brak jakichkolwiek zmian.

    Są takie tygodnie, że jest naprawdę dobrze. Mam dużo energii, wszystko mi przechodzi, zaczynam robić rzeczy, na które nigdy przedtem bym się nie zdobyła, zachowuję się, jak zupełnie inna osoba. Jednak po tygodniu, w porywach półtora – wszystko wraca do normy.

    Najgorsze, że nie potrafię znaleźć lekarza, z którym dałoby się normalnie rozmawiać, który traktowałby mnie jak człowieka, nie jak jakiś gorszy gatunek. Słuchał co mówię, nie przekręcał każdego mojego słowa. Czasem przez parę miesięcy nie biorę żadnych leków, bo nie mam siły iść do lekarza – po takiej wizycie zawsze czuję się jak śmieć. Zresztą i tak prawie zawsze leki mam fatalnie dobierane, nie widzę większej różnicy po odstawieniu.

    Nie mam pojęcia, co mogę zrobić ze swoim życiem. Mam dużo planów i jeszcze jakąś mętną nadzieję ich realizacji…

    Jeszcze raz bardzo dziękuję za ten blog, naprawdę bardzo mi pomaga w chwilach załamania.

    Jeśli ktoś chciałby porozmawiać -> gvalchca@interia.pl

  5. ~Rocket pisze:

    Cześć!
    Wysłałem Ci wiadomość na e-mail. Odpisz w miarę szybko.
    Pozdrawiam ;) 3maj się :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>